Milan Kundera porzuca swoją czeskość
wtorek, 28 kwietnia 2009 10:08
RECENZJA"Spotkanie": ostatnie dzieło Kundery?
We Francji ukazał się właśnie zbiór esejów wybitnego czeskiego pisarza, "Spotkanie". Prawdopodobnie ostatnia książka Milana Kundery. Dzieło nie wzbudziło kontrowersji na miarę Houellebecqa i Littella, a szkoda, bo pisarz jeszcze dobitniej niż dotychczas odnosi się w niej do stopniowego porzucania swojej czeskości.
Tuż przed 80. urodzinami czeskiego pisarza we Francji ukazał się nowy tom prozy składający się z krótkich esejów i notatek o książkach, zebranych artykułów (starych i nowych), a nawet jednego wywiadu z 1994 roku. Kundera, tak wrażliwy na muzykę poważną, „miksuje” niektóre własne teksty (dopisuje do nich zakończenia, rozcina świeżo dopisanymi fragmentami, z perspektywy 2008 roku komentuje własne przemyślenia z przeszłości). Osobliwa to forma. Tak jak w przypadku Konwickiego, pozostaje się cieszyć, że milczący pisarz znów dzieli się z nami nowymi zdaniami.
Piszący od lat po francusku Kundera ma nad Sekwaną szczególny kredyt zaufania. Recenzenci francuscy przyjęli książkę z powściągliwym uznaniem. Publikacja nie wzbudzi kontrowersji na miarę Houellebecqa czy Littella, tym bardziej że Kundera nie odniósł się wprost do zeszłorocznego skandalu, kiedy to został oskarżony przez jeden z czeskich tygodników o wydanie komunistycznej bezpiece przyjaciela swojej koleżanki, którego skazano potem na lata ciężkich robót.
W „Spotkaniu” wprost nie pisze o tym w ogóle. Jeśli jednak przyjrzeć się uważniej, jeszcze dobitniej niż dotąd, odnosi się do stopniowego porzucania swojej „czeskości”. Powraca wątek podjęty w ostatniej powieści „Niewiedza” – wolności zdobytej nie tylko poprzez emigrację, ale też poprzez zmianę języka, w którym się tworzy. Kundera przypomina postać Very Linhartovej, która, jak on sam, na emigracji zaczęła pisać w języku Woltera. Nie jest więc już ani pisarką czeską, ani francuską. „Jest gdzie indziej” – tak, jak Chopin, Nabokow, Beckett, Strawiński czy Gombrowicz.
Opinie Linhartovej służą Kunderze do przedstawienia własnego stanowiska w tej sprawie. Slogany o prawach człowieka nie zmieniają nic w tym, że jednocześnie uważa się człowieka za własność jakiegoś narodu. A pisarz przede wszystkim jest człowiekiem wolnym. Nawet od języka. W chwili gdy pytania o to, co jest zdradą, ile i komu można wybaczyć, są codziennością „małych narodów” Europy Środkowo-Wschodniej, ustami Linhartovej pisarz mówi: nie jestem ani Czechem, ani Francuzem.
Nie oznacza to, że pisarz zyskuje bezpieczną perspektywę. Nie, on nie ma takich złudzeń. Zauważa, że intelektualiści sami kapitulują przed dawnymi punktami odniesienia, wyrzekają się wczorajszych arcydzieł i klasyków. Chociaż wciąż namiętnie przypomina o hierarchii w sztuce, o tym, że istnieją dzieła genialne „i cała reszta”, czuje się coraz bardziej osamotniony. Kundera zajmuje się śmiertelnością tego, co przez stulecia uważano za nieśmiertelne. Na jego oczach wielcy artyści przechodzą do pamięci potomnych już nie jako twórcy dzieł sztuki. Współcześnie zostają sprowadzeni do fizjologii i plotek. „Non omnis moriar” może zostać zamienione w karykaturę. Być może między wierszami pobrzmiewa też smutne pytanie pisarza, czy i po nim nie zostanie tylko skandal z 2008 roku.
To nie tylko powód do inteligenckiego lamentu. Z kanonu edukacji wypłukiwane są coraz ważniejsze dzieła. Na przykład nie buduje już wyobraźni Europejczyków wstrząsające dzieło Arnolda Schoenberga „Ocalały z Warszawy”. A przecież to tylko jedna ilustracja. „Sztuka zdegenerowana” miała zniknąć w III Rzeszy. Zdaniem Kundery znika właśnie teraz.
Od lat powtarza się slogan o tym, że Kundera stał się pisarzem apolitycznym. Tymczasem jednym z wątków, do których prowadzą go rozważania o zdeformowanej pamięci o dziełach sztuki i twórcach wybitnych, a który stał się kapitalnie polityczny, jest tożsamość Europy.
W eseju umieszczonym na końcu ksiązki otrzymujemy poniekąd odpowiedź na to pytanie – poprzez przypomnienie dwóch znakomitych powieści Curzio Malapartego „Kaputt” i „Skóra”. Dla Kundery to znów pretekst do spekulacji nie tylko o tym, jak dwie wojny światowe zagarnęły pewność siebie Europejczyków, ale i jak Historia pochłonęła jednostkę. A przy tym, dzięki wnikliwym obserwacjom końca II wojny światowej, można u Malapartego zauważyć, jak już wtedy rodziła się na Zachodzie nowa Europa. Zwycięstwo nad faszyzmem przeniesie tam koniec sporów między państwami, a nienawiści zostaną skierowane do wnętrza narodów. Zmieni się cel walki.
W tym punkcie „Skóra” według Kundery staje się profetyczna. To już nie będzie walka o przyszłość czy o jakiś przyszły system polityczny, ale batalia o przeszłość. Oto nowe zmagania w Europie będą odbywać się już tylko na polu pamięci. Im bardziej Europa będzie oddalać się od końca wojny, tym bardziej będzie chętna do brania na siebie moralnego obowiązku, by zbrodnie nie zostały zapomniane. Nic dziwnego, że z czasem kary będą wymierzane osobom coraz starszym. Tyle można zobaczyć w scenie niedbałego chowania we Florencji rozstrzelanych faszystów.
Stary Kontynent zamieniony w Unię Europejską, mimo porzucenia przemocy zbrojnej, nadal jawi się jako epizod. Kundera na pożegnanie zostawia nam infernalną wizję, podbudowaną epickimi koszmarami rodem z dzieł Malapartego. W konfrontacji z żywymi zmarli mają miażdżącą przewagę – i nie chodzi tylko o zabitych w czasie wojen, ale o zmarłych wszystkich czasów, zmarłych w przeszłości i zmarłych w przyszłości. Pewni swojej przewagi, kpią z nas, „kpią z tej małej wyspy czasu, na której żyjemy, tego[j?] drobinki czasu nowej Europy, której nieistotność, całą ulotność, oni pozwalają nam zrozumieć”.
Czy po przedstawieniu takiej wizji na pożegnanie z czytelnikami można jeszcze liczyć na to, że Kundera będzie chciał się z nami znów spotkać?
Jarosław Kuisz
Dziennik





