Jak ożywić śródmieście Zielonej Góry? A może podwyższyć zabudowę
środa, 26 października 2011 12:35
Następny głos na temat ożywiania Zielonogórskiej Starówki. Tym razem prezentujemy wywiad z z Dr. Krzysztofem Nawrotem: ...Ale właściwie po co wyganiać mieszkańców wieczorem na deptak? Co w tym złego, że wolą pobyć ze swoimi rodzinami w domu? Z konserwatywnego punktu widzenia to fantastycznie, że starówka po godz. 18 jest martwa.
Paulina Nodzyńska: Z jakim miastem kojarzy się panu Zielona Góra?
Krzysztof Nawratek*: Z żadnym.
Mnie czasami przywodzi na myśl czeskie miasta, kompletnie opustoszałe. Gdy przechadza się po nich człowiek, mówi się, że to zombie.
- To znacznie trafniejsze porównanie Zielonej Góry, niż gdybyśmy postawili ją np. obok miast włoskich. Bo starówka w Zielonej Górze umiera. Ostatnio w mieście zrobiło się głośno o tym, jak ją ożywić.
Powstają stowarzyszenia i komisje, rodzą się akcje. Faktyczne mamy problem?
- Na pierwszy rzut oka nie. Miasto wygląda bardzo przyzwoicie, a dane statystyczne dotyczące bezrobocia są zachęcające. Jestem pełen podziwu dla waszej dalekowzroczności i szybkiego reagowania. Tak naprawdę problem wymierania starówki dopiero się tu zbliża. On jest jeszcze przed wami. W dalszej perspektywie powstanie Focusa w połączeniu z planami nowych centrów mogą być niebezpieczne dla miasta.
Focus nawet reklamuje się hasłem "nowe centrum miasta". Galeria jest poważnym wrogiem starówki?
- Focusa nie wysadzimy w powietrze. Miasto ma z niego dziesięć razy większe dochody niż ze sklepów na deptaku. Finansowe konsekwencje są więc pozytywne. Jednak największym ryzykiem w powstawaniu centrów handlowych jest to, że zatrzymują lokalną akumulację kapitału. I to się właśnie dzieje. Mieszkańcy, którzy mają tutaj swoje sklepy, zarabiają mniej, niż zarabiali dotychczas. Ale Focus już stał się tym, czym kiedyś było centrum miasta.
Dlaczego mieszkańcy wolą tam spędzać czas?
- Bo jest dla nich atrakcyjny. Jest zadaszony, czysty, bezpieczny. Służy skomasowaną, położoną w bliskiej odległości ilością sklepów. Można tam spotkać matki z dziećmi, które mają do dyspozycji nową toaletę i możliwość przewinięcia malucha. W parku byłoby to kłopotliwe i kontrowersyjne. Z czysto pragmatycznego punktu widzenia bezpieczniej jest przyjść do centrum handlowego.
Jeśli więc ludzie dobrze się czują w takich miejscach, to właściwie po co powstrzymywać władze miasta przed budową kolejnych?
- Tu dotykamy fundamentalnego pytania o to, w jaki sposób ma dziś funkcjonować nowe miasto. Próba oparcia jego życia jedynie na handlu, kończy się niestety katastrofą. Weźmy np. Stary Browar w Poznaniu. Pierwszy etap olbrzymiej galerii wywołał pożyteczny oddźwięk, ożywił ul. Św. Marcina. Ale kolejny etap, czyli rozbudowa, spowodował już wyssanie życia z centrum miasta i jego powolne zamieranie. Nie wpadałbym w ekstazę, że Focus przenosi świetne dochody, w centrum właściwie nic dramatycznego się nie stało, więc postawmy kolejne galerie. Te na pewno spowodują, że rzeczywiście coś złego się w mieście stanie. Miasto nie może żyć jedynie z handlu.
Kiedy we wrześniu trwa u nas Winobranie, deptak żyje bezwarunkowo. Ulicami miasta przewijają się setki tysięcy ludzi. Wtedy też jesteśmy najdroższym miastem w Polsce. Obciąża się lokalnych gastronomów, którzy w trakcie święta płacą za swoje ogródki kilkanaście razy wyższe czynsze. Część z nich zrezygnowało z handlowania podczas Winobrania. Nic w tym złego, że miasto zarabia. Ale czy robi to w trafny sposób?
- To straszny błąd, który będzie się mścił. Nie zarzyna się kury znoszącej złote jajka. Pozwolę sobie na pewną generalizację. Współczesne miasta utraciły swoją podmiotowość. Zarabiają dla globalnych rynków, a coraz słabiej potrafią same sobą zarządzać. To, że lokalni kupcy są karani za to, że są lokalnymi kupcami, jest fatalnym posunięciem. Jestem zwolennikiem powolnej, ale ciągłej odbudowy podmiotowości miasta. Dzieje się to przez współpracę z mieszkańcami, robotnikami, pracownikami, właścicielami sklepów. Miasto powinno robić wszystko, by lokalnych przedsiębiorców wspierać, a nie łupić.
Wspominał pan o tym, że zarobki zielonogórzan nie są na najwyższym poziomie, a czynsze za wynajmowanie lokali w śródmieściu wysokie. Mieszkańcy nie wychodzą więc na deptak, bo mają ograniczoną ilość pieniędzy. Tymczasem dla osób z zewnątrz Zielona Góra uchodzi za dość snobistyczne miasto. Jak wskazują rankingi, to właśnie tu żyją najwięksi bogacze, którzy swoje majątki liczą w milionach. Gdzie są ci ludzie?
- Pożytek z bogaczy dla miasta jest zazwyczaj znikomy. Pamiętam, jak pracowałem w Rydze, pełnej bardzo bogatych ludzi. Ale oni nigdy nie robili zakupów na Łotwie, tylko latali w tym celu do Paryża i Londynu. Szkoda, bo mogliby być społecznie pożyteczni. Muszę jednak podkreślić, że człowiek, który ma mały sklepik w centrum, jest dla miasta o wiele cenniejszy niż ten, który mieszka w wielkiej willi i lata helikopterem. Jego dorobek dla miasta nie ma żadnego znaczenia. Więc jeśli już kogoś łupić, to prędzej takiego bogacza niż właściciela małego sklepiku, który usiłuje przetrwać.
Wróćmy jednak do starówki. Ma pan rację, na pierwszy rzut oka problemu nie widać. W ciągu dnia miasto żyje, mieszkańcy chodzą do pracy, banków, sklepów, swoich domów. Cisza nastaje, kiedy zbliża się wieczór.
- Można przewrotnie zapytać, dlaczego właściwie mamy wyganiać zielonogórzan na starówkę, zamiast pozwolić im spokojnie spędzić wieczór z rodziną? Co w tym złego, że wolą porozmawiać ze swoimi żonami, mężami, pobawić się z dziećmi, odwiedzić rodziców? Czy oni naprawdę powinni chodzić po knajpach? Przyjmując konserwatywny system wartości, to fantastycznie, że po godz. 18 centrum miasta jest martwe. Skąd oczekiwanie, by ludzie spędzali czas w innych sposób? Widocznie mieszkańcy żyją w swojej masie i nie są zainteresowani ofertą deptaka.
Nawet jeśli tak jest, to ciężko się z tego cieszyć. Cierpią na tym młodzi ludzie, którym zależy na przywróceniu nocnego życia. Pamiętam, jak zaprosiłam do siebie koleżankę z Żagania. Skończyło się na tym, że wieczorem siedziałyśmy same na pustym deptaku. Nie było gdzie pójść, gdzie zjeść. Śmiałyśmy się, że więcej wrażeń miałybyśmy, gdybym to ja ją odwiedziła w mniejszym mieście.
- Trochę pani przesadza. Jestem z zewnątrz i nie mam możliwości ugotowania sobie kolacji. Każdy wieczór spędzam więc w mieście. Knajpy, zresztą z bardzo dobrą kuchnią, działają do godz. 23. No dobra, trochę się z panią drażnię. Rozumiem, że młodzi ludzie chcieliby mieć wiele możliwości. Mówiąc o przyszłości 120-tysięcznego miasta, które miałoby zaspokajać potrzeby wychodzenia na wieczorną zabawę, myślę o sieci małych, kameralnych miejsc. Tu znów pojawia się pytanie o finanse. Jak wysoki mógłby być czynsz w takiej 10-osobowej knajpce, by mogła się utrzymać? Trudno oczekiwać, że powstaną tu kluby tak wielkie jak w Warszawie czy Poznaniu.
Ale dyskoteki mamy olbrzymie. Nie ma takich ani w Poznaniu, ani we Wrocławiu czy innych większych miastach.
- Paradoksalnie w Polsce takie miejsca powstają właśnie w mniejszych miastach. W takich dyskotekach bawią się także mieszkańcy pobliskich miasteczek i wsi. W nich ludzie wolą być razem, stanowić homogeniczną masę. Taki wybierają lifestyle. W Zielonej Górze istnieje przecież wiele publiczności.
Wiem, że nie przyjechał pan tu po to, żeby sypać gotowymi receptami. Ale przynajmniej na pierwszy rzut oka
- To, co najpierw przychodzi mi do głowy, to miejscowy wydział artystyczny. Bardzo ciekawy, z ogromnym potencjałem. Jest to szkoła, która ma tendencje, by wychodzić ze sztuką na zewnątrz. To było szokujące, gdy rozmawiałem z radnymi, którzy opowiadali o potrzebie wydarzeń kulturalnych i nawet słowem nie wspomnieli o tych studentach.
No i proponowane przez pana najprostsze rozwiązanie: dogęszczać, dogęszczać. Czyli zabudowywać, co się da i skupiać ludzi w jednym miejscu. Sprawdzi się w Zielonej Górze?
- To najbardziej oczywisty pomysł. Jest związany z ideą miasta kompaktowego, które promuje się teraz w Europie.
Nie chodzi o to, żeby zabudowywać fragmenty zieleni w centrum, bo byłoby szkoda. Centrum Zielonej Góry, właśnie dzięki nim, jest ciekawe i atrakcyjne do życia i mieszkania. Prędzej zastanowiłbym się nad podwyższaniem tej zabudowy, która już istnieje. Są to jednak dość kontrowersyjne pomysły. Wchodzimy w konflikty z zapisami prawnymi, konserwatorem zabytków. Nie chcę specjalnie promować tego rozwiązania i wskazywać go jako kierunku, w którym należy iść. Jedną genialną złotą myślą, tak od ręki, problemu się nie zlikwiduje.
Dr Krzysztof Nawratek* - architekt urbanista, specjalista od przestrzeni miejskiej, autor książki "Miasto jako idea polityczna". Pochodzi z Gliwic, obecnie wykłada na University of Plymouth w Wielkiej Brytanii. Wraz z dwudziestką swoich studentów przyjechał do Zielonej Góry, by zbadać miasto pod kątem politycznym, geograficznym, finansowym. Stworzona przez studentów strategia dla Zielonej Góry będzie gotowa w maju
Rozmowę przeprowadziła Paulina Nodzyńska
Ps. Mam nadzieję że ktoś w końcu wysłucha to oczy wielu ludzi łącznie ze mną mówi od kilku lat
Bruno Aleksander Kieć
Kombinat Kultury za www.gazeta.pl





